Nazywa się Kathleen O’Malley. 

Miała 8 lat, gdy dostała się w łapy zakonnic – „Sióstr Miłosierdzia”, alternatywnego, zbrodniczego systemu wychowawczego w Irlandii. 

Dziś, 50 lat później, jest brytyjskim sędzią. Oto jej przerażające wspomnienia...

W Goldenbridge nieustannie chciało mi się pić, może dlatego, że często się moczyłam ze strachu przed zakonnicami. Nie pozwalano tam samodzielnie brać wody i obowiązywał zakaz wchodzenia do kuchni. Ale podpatrzyłam, jak zaspokajają pragnienie inne dziewczęta, i zaczęłam je naśladować. 

Okazało się, ze piją wodę z toalety. Obawiałam się, że może nie być dostatecznie czysta, lecz mimo to chwytałam ją, podobnie jak inne koleżanki, w złożone dłonie, gdy płynęła z muszli do zbiornika.

Co tydzień zakonnice nas upokarzały. Kazały nam zbierać się na wielkim dziedzińcu i zdejmować majtki. Następnie każda z dziewcząt musiała powiesić swoje majtki na kiju, a koleżanki decydowały o tym, czy są brudne, czy nie. 

Te dziewczęta, których majtki zostały ocenione jako brudne, zakonnice biły na oczach wszystkich. I tylko te majtki odnoszono do pralni.

Przez cały roboczy tydzień udawałyśmy się po lekcjach do warsztatu montować różańce. Jedna z zakonnic powiedział mi, że szkoła słynie z wyrobu różańców i oczekuje od nas, żebyśmy się wszystkie w tę pracę zaangażowały – nawet czterolatki.

I tak dzień w dzień nawlekałyśmy paciorki, a wstawałyśmy od stołów dopiero po wykonaniu przewidzianej na dany dzień partii – bez względu na to, że często nawet do późna nie dostawałyśmy kolacji.

W szkole żyłyśmy w ciągłym strachu, że rozgniewamy czymś zakonnice. W Goldenbridge można było zostać ukaranym fizycznie za wszystko i za nic, właściwie bez powodu. Większość zakonnic zawsze miała przy sobie grube drewniane drążki, zwane rózgami, którymi biły nas po grzbietach dłoni lub po ich wewnętrznej stronie.

Leżałam na cienkim, twardym materacu przykryta gryzącym kocem. Dłonie miałam złożone na piersiach, jak kazała pani Carerry, i w tej pozycji starałam się jak najszybciej zasnąć. Jeśli dziś w nocy umrzesz w tej pozycji, będziesz gotowa na spotkanie z Bogiem – powiedziała.

Nauczyłam się zapychać żołądek wszystkim, co nam podano. Posiłek, który nam dawano na lunch, nazywałyśmy pomykami, bo był to wodnisty sos, w którym pływały oka galaretowatego białego tłuszczu i... ślimaki.

Zwykle zakonnice wymierzały nam kary cielesne przy wszystkich. Nie wzywały nikogo do siebie, aby go skarcić, lecz robiły to spontanicznie, w danym miejscu i chwili, gdy przyłapały kogoś na popełnieniu „przestępstwa”. Stosowały różne metody i narzędzia kary. Za mniejsze przewinienia biły rękami po twarzy, za większe – rozmawianie lub za opadającą skarpetkę – linijką, którą zawsze nosiły w kieszeni habitu, a za największe – buntowniczość – wskaźnikiem przypominającym zaostrzoną na końcu laskę. 

Jeśli okazywały łaskawość, wówczas biły po wewnętrznej stronie dłoni, a gdy chciały ukarać surowiej – po wierzchu dłoni lub z tyłu po nogach. Targały nas za uszy, szarpały za włosy i policzkowały. Na zewnątrz kuchni dla zakonnic stały zbiorniki na odpadki, gdzie wrzucano różne resztki. Gdy nikt mnie nie widział, sprawdzałam zawartość tych zbiorników najszybciej, jak potrafiłam, poszukując zwłaszcza skórek owoców. Ze skórek bananów wyjadałam wszelkie pozostałości miąższu, aż docierałam do śliskiej powierzchni.

Często mdlałam na mszy w kościele parafialnym – wygłodzona i zziębnięta. Jedyną dobrą rzeczą w tym było to, że mogłam wówczas siedzieć zamiast klęczeć. Takich omdleń nie leczono. Należało się czuć wystarczająco rozpieszczanym, jeśli pozwalano siedzieć. Latem zaczęły mi tak bardzo doskwierać skutki fatalnej diety, że kiedy kładłam się do łóżka, marzyłam o zjedzeniu soczystego, chrupiącego owocu. Musiałam się zadowolić skórkami, które znajdowałam w pojemnikach na kuchenne odpadki. 

Codziennie widziałyśmy jabłka, ale zakonnice nie pozwalały nam ich tknąć. Rosły na drzewach przy drodze, którą chodziłyśmy do szkoły. Jeśli już zdołało się zdobyć jabłko, udawało się je zjeść tylko w ciemnej sypialni. Kiedy już zapadła cisza, odgryzało się ostrożnie kęsy, chowając głowę pod kocem, aby stłumić odgłosy chrupania.

W drugiej klasie uczyła nas siostra Gerard, której najmniejszy pretekst wystarczał do bicia. Traktowała obrączkę otrzymaną po złożeniu ślubów zakonnych jako broń i waliła nas nią po głowie, jeśli nie spodobał się jej czyjś oddech. Tylko czyhała, aby któraś z nas zaczęła wiercić się albo coś upuściła.

Zakonnice nie zajmowały się naszym zdrowiem. Trzeba było być bardzo chorym, aby wezwały lekarza. Proszę się nimi nie przejmować, to sieroty – usłyszałam kiedyś, jak siostra Bernadette powiedziała do lekarza, gdy zbliżał się do naszych łóżek. Wszystkie miałyśmy zaczerwienione ręce i nogi z powodu prac polowych w zimnie, siniaki od nieustannego bicia, a we włosach wszy. 

Jak zakonnice miałyby to wszystko wytłumaczyć lekarzowi? Codziennie przebywałam obok gabinetu matki Malachy, która siedziała tam za biurkiem i szeleściła papierami. Gdy sprzątałam na korytarzu, wyrzucała tam nieraz garść rodzynków, które rozsypywały się po podłodze. Traktowałam to jako znak, że jest zadowolona z mojego ostrożnego, cichego sprzątania, zbierałam je i zjadałam. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego zwyczajnie nie daje nam rodzynek do ręki. Dlaczego musimy je zbierać z podłogi niczym myszy?

Zakonnice nas biły i niszczyły nasze charaktery, ale nie mogłyśmy żywić do nich nienawiści. Były dla nas ucieleśnieniem strachu i męki, a zarazem oblubienicami Chrystusa. Znajdowały się bliżej Boga niż my, co uwidaczniało się na każdym kroku. W kaplicy śpiewały anielskimi głosami i zawsze wyglądały nieskazitelnie, a nie tak niechlujnie jak my. Nosiły czarne habity z białymi wykrochmalonymi przodami, a na szyjach różańce, co miało podkreślać ich skromność.

Zakonnice nas karały, ale im wierzyłyśmy i ufałyśmy. Musiały mieć rację. Wpajały nam to. Były wszak poślubione Chrystusowi. Mogły czynić tylko dobro, a nie wyrządzać komukolwiek krzywdy. Nigdy nie kwestionowałam bicia dzieci jako czegoś złego, choć mi się wydawało bezwzględne i zawzięte. Wierzyłyśmy, że zakonnice spuszczają nam lanie dla naszego dobra, dla naszego zbawienia. Nie mając nikogo innego, z kim mogłybyśmy porozmawiać, nie potrafiłyśmy spojrzeć na kary cielesne z innej perspektywy. Byłyśmy na nie narażone przez cały czas. Nie znałyśmy innego podejścia do dzieci. 

Przebywałyśmy pod opieką tych kobiet przez 24 godziny na dobę i przez każdy kolejny dzień w roku. Jeśli zakonnica którąś z nas uderzyła, znaczyło to, że ta sobie na to zasłużyła. Od najmłodszych lat nikt nas nie uczył samodzielnie myśleć i czegokolwiek kwestionować. W rezultacie takiej edukacji wyłączono u nas wszelkie zdolności krytyczne i stałam się automatem, który chciał tylko ludzi zadowalać. 

Zakonnice poddały mnie niewyobrażalnemu praniu mózgu. Najwyraźniej byłam tępa, tak jak mówiły. Nie czułam złości, że kazały mi pracować jako dziecku, bo wierzyłam, że zawsze robią to słusznie. W pełni stałam się produktem sierocińca. W sierocińcu w Monte wchodzę dziś po schodach na półpiętro i widzę otwarte drzwi łazienki. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie to, że nigdy nie pozwalano nam nawet na odrobinę prywatności. Widzę wannę, w której kuliła się naga dziewczyna, okładana bez litości wskaźnikiem przez siostrę Kelvin. 

Dziewczyna krzyczała, próbując osłonić się przed gradem ciosów, a zakonnica manewrowała w ciasnym pomieszczeniu długim kijkiem, aby celniej uderzyć. To była makabryczna scena. Dziewczyna pragnęła, aby zakonnica przestała ją bić, ale to nie pomagało.

Nie byłyśmy zamknięte w sierocińcu za darmo. Nasza matka musiała płacić za „przywilej” przymusowego zatrzymania dzieci w ramach programu „płatności przez rodziców”. Znaczyło to, że samotny bądź biedny rodzic był podwójnie napiętnowany za niezdolność zajmowanie się dziećmi. Musiał płacić państwu za odebranie mu przez nie dzieci, przekazując na ich utrzymanie część dochodów.

Z pewnością bardzo oszczędnie kupuję dziś żywność i bardzo oszczędnie ją zjadam. W sierocińcu, jeśli w rondlu pozostały resztki jedzenia, wyskrobywałam je do czysta nawet wtedy, gdy już ktoś zalał rondel wodą. Jeszcze teraz biorę nóż i zeskrobuję z rondla to, co przywarło do dna i ścianek. Zostałam wychowana w wierze katolickiej i umrę jako katoliczka, ale prawdą jest, że obecnie mam bardzo negatywne skojarzenia z każdą religią. 

W ich imię popełniono tyle zła. Już nie praktykuję. Nie potrafię pojąć, że zakon religijny mógł zrobić to, co zrobił dzieciom irlandzkiej biedoty. 

Dlaczego ci ludzie zeszli ze swej drogi i uczynili nasze nędzne życie jeszcze gorszym? 

Dlaczego nie zrobili czegoś, aby nam pomóc – zarówno duchowo jak i materialnie? 

Im bardziej godzę się z tym, co mi się przydarzyło, tym bardziej unikam każdej zorganizowanej religii.